Edycja 2017

wpis w: Uncategorized | 0

Temat: Continuum – sensotwórcza relacja napięć

Obiekty: Szpital Uniwersytecki w Krakowie oraz Dworzec Kraków Główny
Materiały do pobrania:
1. Szpital Uniwersytecki w Krakowie
2. Dworzec Kraków Główny
3. Przekop i Wiadukt Teodora Talowskiego
4. Poezja dot. tematu
 

Bolesław Leśmian, Dziejba leśna (1939), Warszawa MCMXXXVIII, Wyd. J.Mortkowicza

Skończoność

Tyle nam pieszczoty,

Co dla czworga rąk.

A ty, zmierzchu złoty,

Konaj wpośród łąk.

Jedna dal w błękicie,

Ale różna łódź!

Trzebaż było życie

Z ową dalą skuć?…

Późny wieczór stroni

Od zielonych bruzd.

Dłoniom zbrakło dłoni,

Ustom zbrakło ust!

Szczęście, co od słońca

Wzięło czar i kres,

Dobiega do końca,

Unikając łez.

Oto – zlękłe ciało,

Oto gwiezdny kurz!

To, co stać się miało,

Niech się stanie już!

 

Dylan Thomas, Wiersze wybrane (1974) w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, Kraków – Wyd. Literackie

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy –
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic –
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy

 

Rainer Maria Rilke, Elegie Duinejskie (1962) w tłumaczeniu Mieczysława Jastruna, Kraków – Wyd. Litarackie

Elegie Duinejskie IX (wybrany fragment)

…Ale że ziemski byt znaczy wiele i że wszystkiemu tutaj

jesteśmy na pozór potrzebni, całej tej znikomości,

co nas przedziwnie dotyczy. Nas, najbardziej znikomych. Raz tylko,

wszystko tylko raz jeden. Raz i nie więcej. My także

raz tylko. Niepowrotnie. Lecz to

raz tylko istnieć, jeśli nawet raz tylko:

istnieć na Ziemi, wydaje się nieodwołalne.

 

I tak przynaglamy się, by dopełnić istnienia,

tak chcemy zmieścić je w naszych zwyczajnych dłoniach,

w przepełnionym spojrzeniu i w niemym sercu.

Chcemy być nim. – komu je oddać? Najchętniej

wszystko zachować na zawsze… Ach, w tamten inny układ,

biada, co się zabiera ze sobą? Nie zdolność widzenia,

z wolna tu wyuczoną, nic z tego, co tu się zdarzyło. Nic.

Ale cierpienia. Lecz przede wszystkim ciężar bytu,

lecz długie doświadczenie miłości – lecz

samo niewysłowione. Ale później

pośród gwiazd, cóż z tym począć: są głębiej niewyrażalne.

Przecież wędrowiec ze stoku góry znosi w dolinę

nie garść ziemi, niewysłowionej dla wszystkich, lecz tylko

jedno zdobyte słowo, czyste, żółtą i błękitną

gencjanę. Jesteśmy tu może tylko po to, by powiedzieć: dom,

most, studnia, brama, dzbanek, owocowe drzewo, okno –

najwyżej: kolumna, wieża… Ale powiedzieć, zrozum,

o, powiedzieć tak, jak nawet samym rzeczom

nie marzyło się nigdy. Czy to nie skryty podstęp

tej Ziemi, co umie milczeć, jej, która zniewala

kochanków, by w ich uczuciu wszystko ich zachwycało?

Próg: czymże to jest dla dwojga

kochanków, że własny wysłużony próg we drzwiach

zetrą cokolwiek obuwiem, także oni, po wielu przed nimi

i przed tymi, co przyjdą… przelotnie…

 

Zostaw Komentarz